Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przyszłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 16 sierpnia 2025

Filozofia

Filozofia

 Tytuł: Ja, która nie poznałam mężczyzn 



Tytuł oryginalny: Moi qui n'ai pas connu les hommes
Autorka: Jacqueline Harpman 

To jedna z tych książek, którą przeczytałem z polecenia Booktuberki. Zazwyczaj, albo nie czytam książek z polecenia (kogokolwiek), albo znajdują się gdzieś taaam na stosie "do przeczytania", dlatego uważam, że warto zaznaczyć pierwszą informację. 
W tym przypadku, cieszę się, że skusiłem się na tę polecajkę, a pewnie okoliczności pozwoliły mi ją przeczytać szybciej, niż zamierzałem. 

Ja, która nie poznałam mężczyzn jest książką, krótką. Jej treść można by skrócić w kilku zdaniach. Niewiele można zaspoilerować. W sumie to nic. Ale czy to minus? To nie jest książka przygodowa, gdzie oczekuje się akcji. Nazwałbym ją książką filozoficzną. Oczywiście, fabuła i wydarzenia mają znaczenie, ale po prostu, jeśli ktoś oczekuje akcji - to nie ta książka. Lepiej wiedzieć po co się sięga. 

Jednak po krótce zarysuje mniej więcej o co chodzi w książce: gdzieś pod ziemią znajduje się piwnica w której jest klatka, a w klatce 40 różnych kobiet. Kobiety są pilnowane przez strażników, którzy zmieniają się, co jakiś czas. Pewnego razu w piwnicy rozlega się alarm. Strażnicy uciekają, a kobiety mają szansę na wolność. Tylko czy naprawdę poza piwnicą ją odnajdą? Co znajduje się na zewnątrz i jaki to ma związek z ich więzieniem? 

Los więzionych kobiet śledzimy przede wszystkim okiem nastolatki (najmłodszej osoby w klatce), która nie zna innego świata poza klatką. Nie rozumie świata i rzeczy, które są oczywiste dla czytelników. Bohaterka otwiera nam oczy na sensowność lub właśnie bezsensowność niektórych spraw. Spraw nad którymi rzadko się zastanawiamy. 
Przyznam, że często irytowała mnie główna bohaterka. Miałem wrażenie, że wychodzi z niej pogarda i cwaniakowatość, ale gdy zastanawiałem się dłużej nad nią... No tak, jej rozumowanie i zachowanie pasuje do jej wieku i sytuacji w której się znajduje. 

Pozostałe kobiety niewiele poznajemy. Tzn. mamy podane imię i jakąś cechę charakterystyczną dla niej. Czterdzieści to może nie jest duża liczba osób, ale kiedy mamy zwłaszcza narrację pierwszoosobową i mamy poznawać wykreowany świat z punktu widzenia jednostki, która nie jest ściśle związana z grupą to można to zrozumieć. Jednych zna się lepiej, innych gorzej. Nie ma się obowiązku znać kogoś, bo jest w tej samej sytuacji. 

Bardziej przeszkadzało mi ta "łatwość" przystosowania się. Może jestem w stanie zrozumieć, że w książce chodziło o inne rzeczy i rozważania; że to nie jest książka survivalowa, ale... Dla mnie było to absurdalnie zbyt proste. Bohaterki w sumie nie musiały się starać, żeby przeżyć. Nawet otoczenie poza klatką im pomagało!
Czy autorka miała na myśli to, że możemy mieć rzeczy fizyczne, ale bez (nazwę to) czegoś mentalnego np. woli, celu, trudno przeżyć? Źle sformułowałem to pytanie, ale nie umiem inaczej. Jeśli chce się wyłapać sens, główny cel fabuły to jest trudno. Można wpaść w pułapkę rozmyślań, które tworzą niezliczoną liczbę pytań. Na pewno autorka poruszyła dużo ważnych kwestii np. honoru. I to takiego szeroko pojętego, bo dotyczącego też choroby i śmierci. 

wtorek, 3 listopada 2020

Przenikające się światy

Przenikające się światy

 Tytuł: Nicolas Eymerich. inkwizytor 
Tytuł oryginalny: Nicolas Eymerich, inquisitore 



Autor: Valerio Evangelisti 


Czasem przydaje się na coś seminarium, można odkryć książki na które nie trafiłoby się w innych okolicznościach. Zwłaszcza, że w księgarniach nie jest już dostępna. 

"Nicolas Eymerich, inkwizytor" jest dość skomplikowaną książką, choć liczy ok. 250 stron. Zresztą jest skomplikowana nie tylko w fabule, ale też w polskim wydaniu. O co chodzi? Cóż, tak naprawdę sama tego nie rozumiem. Na tym tomie jest napisane, że to druga część i od razu zastrzegam, że tak nie jest. Według włoskiej kolejności zarazem wydania, jak i ustawienia chronologicznego tomów ten tom jest zawsze pierwszy. Jeśli ktoś wie o co chodzi to proszę o wytłumaczenie. Dalej jest chyba jeszcze dziwniej. Nasz drugi tom to w rzeczywistości jakoś ósmy tom, zależy na który spis patrzymy. Wolę nie wgłębiać się w dalszą numerację. Ta wzmianka wystarczająco mówi. 

Przejdę lepiej do opisu fabuły, która sama w sobie jest trudna do opisania. Przynajmniej, jeśli chcę uniknąć spoilerów. 
W książce mamy do czynienia z trzema liniami czasowymi, które w pewien sposób łączą się ze sobą, przenikają się. Linie czasowe i przestrzenne. Na potrzeby recenzji będę nazywać je przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, chociaż to nie do końca właściwe określenia, bo tak naprawdę... poniekąd te światy istnieją równocześnie. Wiem, to trudne trochę do zrozumienia, ale tu już wkracza astrofizyka, a w tym nie jestem dobra. 
Przeszłość. Nicolas Eymerich zostaje głównym inkwizytorem i z tego, co zrozumiałam ma pod sobą Królestwo Aragonii, Kastylii i Sycylii. Tzn. jest władcą religijnym, ogólnie tymi królestwami rządzi Piotr IV razem ze szlachtą. To trochę skomplikowane. W każdym razie jest głową inkwizycji. Wraz z otrzymaniem tego stanowiska otrzymuje dziwną sprawę do wyjaśnienia, a mianowicie pojawienie się niemowlaków z dwoma twarzami (coś jak słowiański Światowid, ale dwie twarze, a nie cztery). 
Teraźniejszość. Pewien uczony o nazwisku Frullifer wpada na teorię, właściwie to po prostu odkrywa pewne cząsteczki, które umożliwiają przemieszczanie się i czegoś między światami. To tak wielki skrót. On to wszystko wyjaśnia, co prawda w bardziej naukowy sposób, ale po przeczytaniu książki, co nie co się układa, bo on sam mówi, że to nie jest, takie o podróżowanie między światami. W każdym razie, jak to bywa nikt mu nie wierzy, ale do czasu... Ten świat jest jednocześnie, taki sam jak nasz, ale jednocześnie ma chyba pokazać alternatywną przyszłość malującą się w ciemnych barwach, aczkolwiek... niewiele trzeba, żeby to wszystko się spełniło. Część rzeczy już się dzieje. A książka jest z 94. I nie piszę o odkryciach naukowych... 
Przyszłość. Tu ludzie już normalnie mogą podróżować między planetami, czy księżycami. Jest to sprawozdanie jednej z podróży jednego statku kosmicznego, którego załoga ma do wykonania dziwną misję... 

Jeśli chodzi o bohaterów to najbardziej wyróżniają się dwaj - Eymerich i Frullifer. Mam wrażenie, że to głównie do nich przyłożył się autor. Pozostali nie są najgorsi, zwłaszcza drugoplanowi mają swój ciekawy charakter, jednak no wyróżniają się ci dwaj. 
Frullifer to taki niedoceniony naukowiec. Stereotypowy trochę mogłabym napisać. Zrobi wszystko, by go doceniono. Nie ma partnerki. I tu jest to, co jednocześnie w nim bawi i wzbudza żenadę. To taki typ, który narzeka, że żadna go nie chcą, ale sam zachowuje się trochę wieśniacko, że tak się wyrażę. No, trochę powagi. Zachowuje się czasem jak gimnazjalista, ale nie jest szczególnie irytujący. 
Nicolas Eymerich... Myślałam, że go nie polubię, bo haha, jest inkwizytorem. No i okej mówi o religii i wszędzie widzi zło, a kobiety to już w ogóle zło wcielone dla niego, ale to serio interesująca postać! Jego lęki, a zarazem też pogarda do ludzi, dystans. Jego sarkazm, chociaż to może szczerość? Co chce to osiągnie i nie cyka się, że ma do czynienia np. z królem. Jest dość ludzki, ciekawa postać. 

Kwestia tego przenikania jest złożona, ale wciągająca (przynajmniej dla mnie). To nie byle jakie science fiction, zresztą to nie pasuje... Czasem to jest po prostu, takie puuff, co ten autor wymyślił. Musiał nieźle nad tym pracować, bo jakby ta teoria nie jest chyba, taka oczywista... Chociaż ja tam się nie znam na fizyce i astrofizyce, więc może dlatego dla mnie to jest takie wow. Lubię trochę skomplikowane książki. 

Ocena: 8/10

sobota, 29 sierpnia 2020

Nastoletnie marzenia

Nastoletnie marzenia
Tytuł: Stal 
Tytuł oryginalny: Acciaio
 Autorka: Silvia Avallone 

  "Stal" to książka, którą miałam omawianą na studiach. Jednym z powodów wybrania akurat tej książki było to, że jej autorka była nominowana do chyba najwyższej włoskiej nagrody literackiej, czyli Premio Strega, więc wypadało przeczytać nominowaną książkę. Jestem osobą, która nie interesuje się za bardzo nagrodami literackimi, bo nie zawsze to idzie w parze z tym, że to na pewno będzie dzieło godne uwagi. Albo to ja po prostu nie rozumiem fenomenu niektórych książek... W każdym razie skoro miałam "Stal" na wykładzie to przydało się w końcu ją przeczytać. 

 Anna i Francesca są przyjaciółkami i są nierozłączne. Mieszkają w małym mieście w Toskani, na tej samej ulicy i bloku. Pewnego dnia ich drogi się rozchodzą i chociaż dziewczyny tęsknią za sobą to minie dużo czasu zanim się pogodzą. 

 Zacznę właśnie od głównych bohaterek z którymi mam problem. Słyszałam już kilka usprawiedliwień na ich temat, ale nie potrafię i tak ich zrozumieć. Zwłaszcza, że mam wrażenie, że autorka nie traktuje fair czytelnika i za każdym razem próbuje je usprawiedliwić. Pokazać jak mają źle. Nie twierdzę, że nie, ale... No, dwie się dobrały. Na początek napiszę ogólnie o nich dwóch. W początkowych rozdziałach mają po trzynaście lat i myślą, że świat stoi przed nim otworem. Okej, naiwne myślenie, ale każdy z nas miał, taki etap w życiu. Tego nie mam za złe. Gorsze jest ich myślenie, że uroda to wszystko. Nie zdają sobie sprawy, jakie mają szczęście. Mają gdzieś resztę dziewczyn z tej samej ulicy, bo są brzydsze, a nie daj boże nie szaleją, tak za chłopakami jak one to już w ogóle są jakieś dziwne i są powodem do śmiechu. Noszą wysoko głowę, a jedyne, co mają to urodę, która kiedyś może przeminąć. Serio, pogardzają resztą. Do tego dochodzi ich sytuacja w domu przez którą mamy współczuć tym dwóm i kibicować, żeby wyrwały się z tego miasta. I znowu spotyka się czytelnik z naiwnym myśleniem trzynastolatki, która nie rozumie rzeczywistości i wkurza się na matkę, że jest, taka a nie inna. Do matek przejdę później. Bo one zbawią świat. Miałam wrażenie, że poniekąd szczycą się swoją sytuacją, bo w ich bloku chyba nie było jednej rodziny, która nie miałaby problemów, ale to one miały najgorzej. Trochę sarkazmu w tej recenzji będzie. 

 Francesca ma ojca, który pracuje w hucie (jak wszyscy mężczyźni w mieście) i matkę, która zajmuje się domem. Jej ojciec jest agresywny i ma manię na punkcie córki. Nie waha się nawet podglądać jej na plaży. Bo jeszcze przypadkiem, jakiś chłopak się do niej zbliży. Mama Franceski to cicha kobieta, która też miała marzenia, które się nie spełniły, a w zamian dostała agresywnego męża od którego nie jest w stanie się uwolnić. Francesca nienawidzi rodziców i chce się wyrwać w świat, chociaż wie, że to tylko marzenia, bo świat nie jest, taki łaskawy. Ale próbuje. W końcu, ile można znosić ojca, który cię bije? W dodatku dziewczyna skrywa pewien sekret, który z wielu powodów "musi" pozostać, jak najbardziej ukryty, bo gdy się wyda... 

 Rodzice Anny pokazują inny problem społeczny, chociaż jeśli chodzi o jej mamę to napisałabym, że jest podobna do mamy Franceski tylko, że po prostu ma pracę i jest wyedukowana. Ojciec Anny... Nie potrafi znaleźć pracy na dłużej. To typ "nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem". Nie ma, więc sam próbuje ją sobie któregoś dnia skombinować, szkoda, że tylko nielegalnie. W pewnym sensie u Anny jest lepiej. Na pewno ma jako takie oparcie w matce, która pokazuje córce, że ważna jest edukacja, próbuje ją zainteresować światem. Ale zainteresuj trzynastolatkę polityką. Polityka jest lamerska. Dziewczyna ma też brata. Dużo osób mówiła mi, że to najlepsza postać. Nie zgodzę się. Jako na początku jest najbardziej neutralny. Zwyczajny chłopak, który chciałby się wyrwać, a nie może to potem, gdy pojawia się jego była... To jak ją traktuje tylko z tego powodu, że ona ma szansę na lepszą przyszłość... Ona nie okazuje po sobie, że nim pogardza, czy coś. 

 Oprócz tych dwóch rodzin są jeszcze inni bohaterowie i bohaterki z ulicy Stalingradzkiej. Niektórzy lepiej zarysowani, niż inni. To znaczy ci, którzy mogą pokazać jakiś problem dotyczący klasy robotniczej, miasteczka lub środowiska w którym się urodzili. Reszta to zbytek. Np. Lisa, która pilnie się uczy i jest brzydsza od dziewczyn, więc jest przydatna, gdy trzeba ją obrażać, albo gdy trzeba znaleźć sobie zastępstwo. Jakoś polubiłam ją. Nikomu nie robiła krzywdy swoim zachowaniem. Stała w cieniu, a gdy się odważyła zabrać głos to... Mamy cudowne zdanie o tym, że u jednej z dziewczyn jest źle, więc no jak śmiała jej nie zrozumieć i być zła? Tak naprawdę nie wiadomo jak jest u Lisy poza tym, że ma siostrę z niepełnosprawnością u której stan się pogarsza. Ogólnie wszystkich łączy fabryka/huta stali, gdzie nie trzeba wiele, żeby tam pracować. Dosłownie jedna osoba może pracować na każdym stanowisku. Zasady są traktowane byle jak. I okej rozumiem, że autorka wnikliwie poruszyła problemy dotyczące życia osób, które pracują i żyją w takich miejscach. Nie mówi się o tym, tak dużo i to z taką szczerością. Rozumiem, że jeśli mnie osobiście to nie dotyczy to nie jestem w stanie tego zrozumieć. I ja naprawdę nic nie mam do tego, jak jest przedstawiona ta społeczność, chociaż kilka razy było dla mnie nie pojęte ich zachowanie np. reakcja na zamach terrorystyczny na WTC. 

 Nie mogłam znieść tego gadania o urodzie i zachowania Anny oraz Franceski w stosunku do facetów. One mają 13 lat przypominam. Mają świadomość ciała, swojej urody i tego, że część mężczyzn na nie leci, więc wykorzystują to bardzo dobrze... Takie wiecie, możecie tylko popatrzeć, ale nie dostaniecie tego, co chcecie. Nie wiem, może źle na to patrzę i zaraz ktoś powie, że te zachowanie są okej i mogą sobie robić, co chcą, bo to inni nie mają prawa, tak na nie patrzeć. Tak, nie mają prawa. Jednak inaczej to by wyglądało, gdyby były po prostu ładne, ale im to nie wystarcza. Według mnie to jeden z problemów, który należy poruszyć po przeczytaniu tej książki, a nie, że jakieś opisy są zbyt dosadne. Bo nie są, zresztą większość jest urwana. 

 Właśnie, urwane sceny. Nie wiem, czy ta książka jest, tak napisana, czy to wina polskiego wydania, ale czasem w jednym akapicie mamy nagłą zmianę sytuacji, bohatera. Chodzi mi o to, że autorka pisze o jednej bohaterce i nagle pisze o drugiej, i jest to tak napisane, że dopiero po chwili czytelnik widzi, że chodzi o kogoś innego. Kilka razy w książce musiałam się cofać, bo się okazywało, że nastąpiła zmiana postaci. 

 Zapomniałam też napisać o motywie wyrwania się ze złego otoczenia. Marzenia o lepszym świecie. Dla tego wątku powinny przeczytać tę książkę część osób, które uważają, że jednostka może wszystko, że wystarczy przecież chcieć, że to w jakim środowisku się urodzisz to przecież nie warunkuje twojej przyszłości. Nie musi, ale w większej części... 

 Czy ta książka jest zła? Nie, ale mnie osobiście irytowała przez główne bohaterki. Mam ze "Stalą" trochę jak z serialem "Trzynaście powodów" - rozumiem w dużym procencie o co miało chodzić, ale przez główne bohaterki to padło. 

 Ocena: 4/10

sobota, 13 czerwca 2020

Wizja początku i końca

Wizja początku i końca
Tytuł: Początek

Tytuł oryginalny: Origin
Autor: Dan Brown

"Bóg jest martwy! Bóg pozostaje martwy! I my go uśmierciliśmy! Jak pocieszymy się, mordercy nad mordercami? To, co świat dotychczas posiadał jako najświętsze i wszechmocne, wykrwawiło się pod naszymi nożami – kto zmyje z nas tę krew?"
Friedrich Nietzsche



"Początek" Dana Browna nie pasuje mi do serii o profesorze Robercie Langdonie.


Tym razem "najbardziej znany profesor od symboliki w Ameryce" udaje się do Hiszpanii, gdzie jego były uczeń ma przedstawić prezentację, która zmieni spojrzenie na sens religii. Odpowie na dwa główne pytania, które zadają sobie ludzie od tysiąca lat. Ale jak to w takich książkach bywa... Ktoś przerywa prezentację, a osobami, które mogą ją ponownie upublicznić są (oczywiście) Robert Langdon i Ambra Vidal.

Dan Brown próbuje w tej książce przełamać jakoś schematy, które były widoczne w innych jego książkach (a przynajmniej w "Kodzie da Vinci" i "Aniołach i demonach"). Niekoniecznie spodobał mi się jeden pomysł, ale to głównie przez to, że wiąże się z pewną postacią...

Jeśli mam być szczera to samej w sobie sztuki, czy tekstu literackiego na którym bazowałby Langdon jest tyle, co kot napłakał. Coś tam jest, owszem. Ale równie dobrze mogłoby tego nie być. Miałam wrażenie, że te elementy są, bo jest Langdon. To znaczy... Mało tu mowy o obrazach, rzeźbach itd. Głównie ich opisy są na początku i niewiele dla mnie wniosły w porównaniu do wcześniejszych książek Browna. Jest fragment poezji pewnego poety, którego nazwiska nie napiszę. ;)

Największą rolę, jeśli chodzi o sztukę ma tu architektura, głównie budowle stworzone przez Gaudiego. Przyznaję, nie lubię czytać opisów budynków/budowli. Jakoś mnie to nudzi, ale po raz kolejny Brown pokazał, że da się, tak opisać budynki, że chce się to czytać. Chce się zobaczyć je na żywo. Dotychczas nie interesowała mnie zbytnio Sagrada Familia, ale teraz tak myślę, że fajnie byłoby ją zobaczyć na żywo. Ogólnie nie przepadam za sztuką współczesną (bo właśnie ta sztuka ma pierwszeństwo w "Początku"), ale prace zostały wytłumaczone w przystępny sposób. W końcu Langdon też się na tym nie zna.

Ale głównym elementem w książce jest technologia i filozofia. W końcu to filozoficzne zapoczątkowały cały ciąg wydarzeń, chociaż ich nie zakańczają, bo oprócz pytań o przeszłość, przyszłość, ludzkość i religie mamy na końcu jeszcze jedno pytanie...

Dziwnie mi się czytało książkę o Robercie Langdonie, gdzie jest bardzo dużo technologii. Oczywiście, niektóre rzeczy były bardzo ciekawe, zwłaszcza informacja, gdzie znajduje się w Hiszpanii superkomputer. Ale...

Trzecim głównym bohaterem książki jest sztuczna inteligencja. I to bardzo bardzo rozwinięta. Taka o której ciągle się mówi. I okej, Dan Brown chciał przedstawić, jak bardzo jesteśmy rozwinięci technologicznie itd. Ale minusem było dla mnie to, że dzięki AI bardzo łatwo fabuła szła dalej. Tzn. normalnie bohaterowie musieliby się nad czymś natrudzić, a sztucznej inteligencji wystarczy mniej niż sekunda na zrobienie lub znalezienie czegoś. Jasne, nie ma jej przez całą książkę, ale... Nie wiem, jakoś mi to przeszkadzało. Wolę jednak tego Langdona, który jest otoczony symboliką niż technologią.  No filozofowie też mogą. 

Dobrym pomysłem było wybranie Hiszpanii, jako tła do całej akcji. Dzięki temu można było poruszyć wątek wpływu przeszłości na teraźniejszość i przyszłość, że jak to się mówi: historia kołem się toczy; nie wolno zapominać o tym, co kiedyś miało miejsce, chociażby prawda byłaby straszna; a oprócz tego przedstawienie mechanizmów sekt - jak łatwo omamić cierpiącego człowieka. Jeśli chodzi o to ostatnie to nie będę się wgłębiać, czego to dotyczy.

Był tylko jeden wątek, który mnie tu zaskoczył i wg. mnie nie pasował on do całej książki. Zwłaszcza... pewne usprawiedliwienie? Nie wiem jak to nazwać. Ale może o to chodziło? Żeby czytelnik mógł sam sobie coś dopowiedzieć, przemyśleć, co nie co?

Prezentacja byłego studenta Langdona. Część tej prezentacji jest dość oczywista dla przeciętnych ludzi, wystarczy trochę pomyśleć. Druga część... Nie interesuję się fizyką, dlatego teorie, które tam zostały przedstawione były dla mnie nowe (chociaż coś mi się obiło o uszy) i interesujące. Jednakże sama prezentacja mnie zawiodła. Nie wiem sama czego się spodziewałam, ale.. Na pewno czegoś innego. Niestety to byłby spoiler dlaczego się zawiodłam.

Jeśli już mowa o prezentacji to zawiódł mnie dobór słów przy opisie pewnej osoby/"symbolu religii". Bardzo mnie to zaskoczyło, bo słyszałam, że autor dużo czasu poświęca na zebranie materiałów do książek. To co prawda nie dotyczy stricte fabuły, ale... No cóż, może za bardzo się czepiam.

Na koniec chciałabym dodać, że po raz pierwszy miałam, tak, że musiałam odkładać książkę ze względu na to, że... Hm, dużo się mówi tam o przyszłości, bardzo dużo. A tym samym jakoś momentami przychodziły mi też myśli dotyczące przyszłości. Co po śmierci?

Ocena: 6/10


środa, 3 lutego 2016

Uciec w dal

Uciec w dal
Tytuł: Jak najdalej stąd
Tytuł oryginalny: Hick
Autorka: Andrea Portes
Czy da się uciec od przeszłości?

Wiele jest dzieci z rodzin nie do końca takich jakie powinny być. Wśród społeczeństwa nazywające się patologicznymi. Alkohol, więzienie... I inne czynniki. Oczywiście rodzina nie musi być marginalna, żeby było coś z nią nie tak... Ale ten przypadek nie został wzięty pod uwagę. Więc zostańmy przy tej pierwszej opcji.

Alkohol, krzyki, romanse jednego z rodziców... Z tym musi się zmagać na co dzień trzynastoletnia Luli. Przeciętna dziewczyna o dużych ustach. Pewnego dnia nie wytrzymuje i po prostu ucieka. Gdzieś w dal. Przed siebie. Jak najdalej. Spełnić swoje marzenia...

I tu zaczynają się pewne me wątpliwości, chociaż je można rozwiać, szybko usprawiedliwiając wybór głównej bohaterki. Luli chcę uciec do Las Vegas, chciałaby zostać... prostytutką. Okej, pochodzi z nieciekawego środowiska. Nie ma wielkiego przykładu w matce, która poniekąd sama zachowuje się jak prostytutka sypiając (i nie tylko) z różnymi mężczyznami w nadziei, że znajdzie się taki, który zabierze ją z "dziury zabitej dechami". Nadzieja matką głupich. Więc da się zrozumieć to wszystko... Tylko, że dalsze wydarzenia z którymi spotyka się trzynastolatka (dobrze czytacie) kierują jej postanowienia na inny całkiem tor... Czy Luli obierze swoją ścieżkę czy lekko z niej zboczy? Pytanie poniekąd będące w głowie przez całą książkę. Dające jakąkolwiek nadzieję... Heh, tak. Nadzieja...

Dawno się nie spotkałam z tak irytującą bohaterką. Albo może inaczej: z tak (przepraszam bardzo) głupią. Jej wiek to niewytłumaczenie, bo spotkałam się z młodszymi bohaterami, którzy nie byli, aż tak naiwni. Na początku, oczywiście, można marzyć, wyobrażać sobie, jak jest tam, gdzie nigdy nie byliśmy, ale... Jeśli się marzy o jakimś zawodzie to się ma o nim jakieś pojęcie. Więc jak dziewczynę spotyka to, co spotyka ze strony Eddiego (chłopaka poznanego podczas jazdy autostopem) to normalny człowiek by się jakoś otrząsnął, ogarnął, a nie... Po prostu irytacja - to główna charakterystyka postaci. Oprócz tego... Język. Język jakim się wyraża Luli trochę koli w uszy. Nie to, że jestem wrażliwa na przekleństwa, ale... I tu raczej wkraczamy na styl pisania...

Na początku jest dość dużo przekleństw, a jak już ich nie ma (tak jakby autorka o nich zapomniała) to nagle bach! Tak od czapy, damy z pięć w jednym zdaniu. I to jeszcze jakich... Jakby nie było innych przekleństw od pospolitej... Dobra, nie będę przeklinać, ale każdy (większość) choć raz w życiu tak przeklął. W każdym razie to też było mocno irytujące. Poza tym - powtórzenia. Może specjalne, ale ja nie dojrzałam specjalności w nich. Co innego, jak jeden bohater się powtarza, a co innego ogólnie. Pewne momenty mogę uznać za wyjątek. Człowiek był pijany - niech się powtarza. W innych zdarzeniach chyba to miało być jąkanie, ale tak nie wyszło.

Inni bohaterowie... Słabo opisani tak jak główna bohaterka. Była nadzieja, ale szybko zgasła. Był potencjał, bo postaci naprawdę ciekawe. Zwłaszcza postać Eddiego, który hm, gnojkiem w skrócie. Mężczyzna brzydki, jednak mający coś w sobie, kaleki, ale jednocześnie mszczący się za całe życie. Myślę, że za swoje kalectwo lub nieodwzajemnioną miłość, ale to nadinterpretacja. Dalej - Glenda. Kobieta, która po części byłaby tą złą, która sprowadziła na złą drogę Luli, jednakże, jeśli przyjrzeć się Glendzie bliżej to ona nie jest taka zła. W końcu nie chciała, aby spotkało trzynastolatkę najgorsze...

Rodzice dziewczyny przedstawiają w pewnym sensie typowe nieudane małżeństwo. Tutaj akurat jest mąż alkoholik, ale... Dlaczego alkoholik? I właśnie tu można snuć domysły, które według mnie są służne.  Ten wątek opowiada o tym, jak to mężczyzna nie jest w stanie spełnić marzeń swojej kobiety, jest tak bezsilny, że wpada niełaskę używek. Wątek kobiety, która ma mniemanie o sobie i marzyła o księciu na białym koniu. Wierzyła w tą całą bajeczkę, jaką niektórzy sprzedają małym dziewczynkom. No tak nie jest, a facet też ma słabości, nie jest  hero.

Okładka książki ładna, przeciętna. Pasująca do tytułu i treści. Uciekajmy. Złapmy autostop i jedźmy przed siebie. Krzywizna zdjęcia... Może oznaczać skrzywione w pewnym sensie wartości. Różowa czcionka tytułu... O tak! Główna bohaterka nie ma różowych myśli i życia, ale jej nadzieja i jakoś takie usposobienie... Po prostu po przeczytaniu uważam, że ten kolor pasuje do niej. Ale czy do całej okładki... No nie wiem.

Pomysł i fabuła miały potencjał. Naprawdę. Wątki... Można tak było to wszystko rozwinąć... Napisać. Szkoda, szkoda pomysłu. Bo były momenty udane, jak choćby niektóre porównania, czy scena, gdzie Luli widzi tak jakby siebie. "Jest duchem", który patrzy na swoje ciało. To mi się bardzo podobało. Ale reszta... Nie myślałam, że tak będzie wyglądać recenzja.

Ocena: 3/10

Dziękuję za egzemplarz książki wydawnictwu HarperCollins Polska!
 

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Witajcie tam, gdzie panuje... Jedność

Witajcie tam, gdzie panuje... Jedność
Tytuł: Dawca
Tytuł oryginalny: The Giver
Autorka: Lois Lowry
Bez emocji, szarość, jednakowość 

Jak wiele jest książek dotyczących przyszłości naszego świata, społeczeństwa? Niezliczona ilość. Od dawien dawna ludzie wyobrażali sobie to, co będzie. Choćby te najstarsze mity, czy Biblia. Mówi się czasem, że znowu nastała moda na tego typu wizje. Czy ja wiem? Chwytliwy temat, ale i zarazem temat, który będzie zawsze. Romanse, kiedyś się znudzą, bo coraz trudniej znaleźć ten inny od reszty. Fantastykę... To zależy od pisarzów, a już nie wszystkim chce się wymyślać własny świat. Jeśli zaś chodzi o dystopie i utopie to... Hm, właśnie z nimi jest różnie. Powinny być lepsze, niż te z pierwszej półeczki książki fantasy, bo powinny skrywać ważną problematykę, skłaniać do rozmyślań, a z tym... Nie zawsze tak jest. Na pozór większość książek dystopijnych i utopijnych jest podobna, więc trudno znaleźć tą inną, która czymś się wybije.

Dawca jest na pozór książką skierowaną do dzieci. Główny bohater ma dwanaście lat, co oznacza, że nie powinniśmy spodziewać się nie wiadomo jak pięknego języka... Jednak... Język książki jest prosty, ale na tej prostocie jest zbudowana fabuła. W świecie Jonasza wszystko ma być proste, dokładne, precyzyjne. Koszmar precyzji jest najbardziej związany ze sceną ze słowem "kochać".

Jak w każdej tego typu książce (a przynajmniej w większości) w społeczności bohatera dokonuje się przydziałów. W tym, każdego roku dziecko otrzymuje coś, co ma symbolizować jego krok w dorosłość. Przełomowe są dwa momenty w życiu każdego dziecka w świecie stworzonym przez panią Lowry: w wieku dziewięciu lat dziecko dostaje rower, a w wieku dwunastu lat... Przydzielają mu stanowisko pracy.
To nie będzie spoiler, jeśli napiszę, że Jonasz dostaje nietypowe stanowisko, które zaważy na losach całej społeczności, a głównie na życiu samego Jonasza, pewnego dziecka i samego... Dawcy.

Kim jest tytułowy Dawca? To postać z wielką mądrością, wspomnieniami i... emocjami. Bohater, który ukazuje w pewien sposób, że nie powinno się zostawiać kogoś samego ze swoim problemem, a przede wszystkim z bólem i cierpieniem. Również poprzez tego bohatera jest ukazana brutalność idei świata Jonasza.

W ogóle nie tyle, co przez głównego bohatera, a poprzez postaci poboczne jest ukazane zło i brutalność. Sam chłopiec jest niewinny, w miarę jak staje się starszy, podejmuje wybory, wtedy dociera do niego prawda. Tak jest w pewnym sensie z naszym życiem. Gdy jesteśmy mali wierzymy w tego świętego Mikołaja, który przynosi prezenty, wierzymy, że może być lepiej i w ogóle, ale w miarę dorastania okazuje się, że tak nie jest, że świat w którym dorastaliśmy wcale nie jest piękny i bezpieczny.

Wracając do języka książki... Prostota pewnego słowa jest hm, przenika trochę do szpiku kości. Słowo wypowiedziane ot... tak. Słowo, które daje jakąś nadzieję, która tak naprawdę nie istnieje.

Wydaję się, że książka jest arcydziełem w swoim gatunku, jednak jak jest coś, co jest wielkim minusem. A mianowicie sztywność fabuły. Narracja jest jakby wyprana z emocji. Niby coś się dzieje, bohaterowie coś przeżywają, ale... To jest tylko na papierze, po prostu czytasz to i idziesz dalej. Nie wciąga. Jeśli ktoś nie przypatrzyłby się problematyce tej książki po przeczytaniu, to byłaby to prawdopodobnie następna przeczytana książka. Prawdopodobnie zapomniana. Bo czasem książka może mieć nie wiadomo jak dobrą treść, ale sposób pisania, oddawanie całej tej otoczki, emocji wszystko burzy.

Okładka na początku mi się nie podobała. Uważałam, że ta filmowa jest lepsza, jednak... Kiedy tak czytałam to zdałam sobie sprawę, że właśnie ta okładka bardziej pasuje do treści. Jest o wiele bardziej zrozumiała. Ogólnie okładka (napis i zdjęcie) jest w odcieniach szarości. Sądzę, że pokazana postać jest Dawcą, ponieważ pasuje do jego opisów. Róg okładki jest, jakby naderwany, wygląda przez niego kolorowe zdjęcie, co oznacza chyba wspomnienia. Cała okładka obrazuje według mnie całą historię, albo i zakończenie książki. Podoba mi się to, bo na pierwszy rzut oka jest ona nijaka, dopiero po przeczytaniu treści Dawcy, ukazuje się jej sensowność.

Chciałam napisać jeden cytat, ale po przeczytaniu go kilka razy zrozumiałam, że brzmi on trochę bezsensu dla kogoś, kto nie czytał tej książki. Nauka z tego fragmentu płynie ogólnie z całej powieści. Dlatego trzeba przeczytać Dawcę, aby zrozumieć o czym mówię i czym tak naprawdę jest mądrość.

Ocena: 7/10

Copyright © 2016 Books are a window on the world , Blogger